Słowo na niedzielę
Mam w sobie niepokój, którego przez lata nie umiałem nazwać. To nie jest gniew na świat ani potrzeba wiecznego sporu. To raczej ciche, uporczywe przekonanie, że pewne rzeczy można ułożyć uczciwiej — i że nie wolno udawać, że się tego nie widzi.
Długo myślałem, że to słabość. Że łatwiej byłoby przejść obok, nie pytać, nie zatrzymywać się przy cudzej sprawie. Dziś wiem, że to coś innego. To głód sprawiedliwości — i nie chodzi w nim o wskazywanie winnych ani o poczucie moralnej wyższości. Chodzi o to, żeby nie zobojętnieć.
Bo sprawiedliwość, o której myślę, nie zaczyna się w wielkich deklaracjach. Zaczyna się w bardzo zwykłych chwilach. W tonie, jakim mówimy do kogoś słabszego od nas. W tym, czy odpowiadamy na czyjeś pismo, czy zostawiamy człowieka bez odpowiedzi. W tym, czy w drugiej osobie widzimy problem do załatwienia — czy osobę.
Niedziela jest dobrym dniem, żeby o tym pomyśleć. To dzień, w którym na chwilę zwalniamy i przypominamy sobie, że nie jesteśmy tylko funkcją, stanowiskiem, rolą w systemie. Że za każdą sprawą stoi czyjeś życie, czyjś strach, czyjaś nadzieja.
Wierzę, że mosty między ludźmi buduje się właśnie tam — nie w sporze o to, kto ma rację, lecz w gotowości wysłuchania drugiego człowieka. W odwadze powiedzenia prawdy bez upokarzania. We współczuciu, które nie boi się odpowiedzialności. To trudniejsze niż oburzenie — ale tylko to naprawdę trwa.
Nie potrafię naprawić świata. Nikt z nas nie potrafi. Ale każdy ma swoją małą przestrzeń odpowiedzialności — zespół, rodzinę, pacjentów, sąsiadów — w której może sprawić, że będzie trochę mniej strachu, a trochę więcej człowieczeństwa.
Jeśli nosisz w sobie podobny niepokój — to słowo jest też dla Ciebie.
Dobrej niedzieli.
Am Israel Chai.

